Gospodarka, siła, wizja
Zaufało nam 19 000 firm zatrudniających przeszło 5 000 000 pracowników

Zmiana na lepsze zaczyna się w szkole

Łączenie zjawisk w ciągi przyczynowo-skutkowe od zawsze było kołem zamachowym rozwoju cywilizacji. Ktoś wpadł na to, że mamuta (nie dinozaura, na litość boską) można zabić wieloma ciosami zwykłej włóczni. Gdyby jednak postęp miał zależeć od polityków w okresie przedwyborczego amoku, to ludzkość dalej tkwiłaby na drzewach, iskając sobie futra – pisze „Rzeczpospolitej” Prezydent Pracodawców RP Andrzej Malinowski.

– Są oni bowiem absolutnie ślepi na mechanizmy przyczyna-skutek. Zwykły człowiek raz walnie się młotkiem w palec i pojmie, skąd się bierze ból. Polityk będzie tłukł dłoń bez opamiętania, równocześnie wrzeszcząc o pomoc – dodaje.

– Oto dowód: w Polsce wzbiera fala potężnego protestu nauczycieli z powodu drastycznie niskich wynagrodzeń. To ważna grupa zawodowa, od niej zależy rozwój społeczeństwa. A co robią politycy? Kompletnie lekceważą sprawę! Karykaturą problemu stało się stwierdzenie „Nauczyciele nie mają obowiązku życia w celibacie”. Rządzący pokazują mało przekonujące statystyki płac. Opozycja również nie ma się czym zanadto chwalić – pisze.

– Niepojętym jest, dlaczego politycy nie dostrzegają fundamentalnej roli nauczycieli! Potrafią biadolić o problemach gnębiących Polskę, a nie widzą ich źródeł. A wystarczy pomyśleć! Nasza gospodarka dusi się z braku innowacji. Ale nowe technologie nie rodzą się na kamieniu. Trzeba wykształcić wynalazców, którzy je opracują – wyjaśnia.

– Cierpimy też na brak pracowników, zwłaszcza tych wykwalifikowanych. Należy więc wpoić ludziom gotowość do ciągłego wzbogacania wiedzy, a nawet zmiany zawodu w ciągu życia. Od dekad narzekamy również na niekompetentnych urzędników nierozumiejących swojej roli w strukturze państwa. Niezbędny jest urzędniczy narybek o otwartych głowach i posiadających poczucie misji. Wspólnym mianownikiem tych potrzeb jest jakość materiału ludzkiego. Musi być najwyższej próby, inaczej nic się nie zmieni – podkreśla Malinowski.

– Jasne, że nie wszyscy zostaną Einsteinami. Ale trzeba wykorzystać potencjał w stu procentach. To zadanie dla nauczycieli. Kompetentnych, oddanych swojej misji i zadowolonych z pracy. A to wymaga dobrego wynagrodzenia. Bo za jakość, tak samo jak w biznesie, trzeba płacić. Pieniądze wydane na edukację to inwestycja w obywateli. Przyniesie zysk w postaci błyskotliwych przedsiębiorców i wykwalifikowanych pracowników. Rozwoju gospodarczego nie da się bowiem zadekretować lub ogłosić z mównicy - można go tylko wypracować – zaznacza.

– Inwestycja w edukację jest więc procesem bardzo zyskownym dla państwa, ale długotrwałym. Liczonym w latach. To, co się teraz dzieje z nauczycielami, dowodzi, że politycy nie są takimi działaniami zainteresowani. Wybierają doraźne, wyborcze fajerwerki. Nie ma się co dziwić, że nauczyciele w końcu stracili cierpliwość. Najpierw usłyszeli, że dla nich nie ma pieniędzy, a potem zostali świadkami rozdawnictwa dziesiątków miliardów – dodaje.

– Pracodawcy RP zajmują się rozwojem przedsiębiorczości. Wiemy jednak, że przedsiębiorcy nie wyskakują z główek kapusty, nie przynoszą ich bociany itd. To byli uczniowie podstawówek i liceów. Za sukcesami biznesmenów stoją ich dawni nauczyciele, wychowawcy, mentorzy. Pracodawcy to rozumieją. Problem w tym, żeby zrozumieli to wszyscy – podsumowuje Andrzej Malinowski.