Gospodarka, siła, wizja
Zaufało nam 19 000 firm zatrudniających przeszło 5 000 000 pracowników

Szkoda pewna jak w banku

Co najbardziej psuje państwo? Głupota. Głupie decyzje, brak umiejętności przewidzenia ich konsekwencji. Bezmyślna licytacja na populizm. Najgorsze, że nawet trafna diagnoza problemu nie jest w stanie uchronić naszych polityków przed podjęciem szkodliwych decyzji. Nie dziwmy się później, że obywatele nie mają zaufania do państwa – zauważa w „Rzeczpospolitej” Prezydent Pracodawców RP Andrzej Malinowski.

– W ubiegłym roku byliśmy świadkami politycznych zapasów dotyczących wynagrodzeń polityków. Opozycja zapałała świętym oburzeniem, że ministrowie i wiceministrowie dostają oprócz pensji nagrody. Czego to wówczas nie usłyszeliśmy! Że nagrody się nie należą (dla odmiany według prominentnych polityków obozu rządzącego było dokładnie odwrotnie - one po prostu się należały), że to nieuczciwe, że co mają powiedzieć nauczyciele... Ostatecznie PiS nakazał ministrom oddanie nagród. Ale żeby opozycja miała za swoje, przeforsował obniżkę uposażeń parlamentarzystów i samorządowców o dziesięć procent. Ot, ty mi naplułeś do zupy, to ja tobie napluję do kawy – pisze.

– Dziwię się, że władza nie dostrzega olbrzymiego dysonansu między tym, co mówi o kondycji polskiej gospodarki, a tym, jak się zachowuje w sprawie wynagrodzeń. Jeśli bowiem jesteśmy coraz zamożniejsi, pensje obywateli rosną, ubóstwo niknie w oczach, to po co takie populistyczne gesty jak obniżka pensji poselskich? Czy taka obniżka i konsekwentne blokowanie urealnienia wynagrodzeń urzędników coś da przysłowiowemu nauczycielowi? Nawet rząd nie twierdzi, że coś da. To czysty populizm. I to wyjątkowo głupi populizm – ocenia.

– Nie przynosi on państwu niczego dobrego. Nie zmienia negatywnego postrzegania klasy politycznej. Skutecznie za to odstrasza od sfery publicznej wielu fachowców. Sytuację, w której wiceminister odpowiadający za projekty strategiczne dla państwa zarabia mniej niż menedżer sklepu, można określić tylko w jeden sposób. To patologia. Polskę stać na to, by godziwie płacić ludziom, którzy nią zarządzają. Ale niech tylko któryś rząd spróbuje przystąpić do reformy wynagrodzeń - opozycja nie pozostawi na nim suchej nitki. W psuciu państwa nasza klasa polityczna, na co dzień tak bardzo skłócona, jest wyjątkowo solidarna – dodaje.

– Z taką szkodliwą solidarnością, a raczej nakręcaniem spirali populizmu, mamy do czynienia w przypadku pomysłów na psucie Narodowego Banku Polskiego. Uchwalona przez Sejm ustawa o NBP wprowadzająca jawność wynagrodzeń jego kadry kierowniczej będzie mieć tylko negatywne skutki. Podważy prestiż banku centralnego. Pozbawi go fachowej kadry, uwikła w polityczne gierki. Dotychczas politycy wszystkich opcji wykazywali na tyle rozsądku, że swoimi sporami nie niszczyli tej arcyważnej instytucji. Najwyraźniej to już przeszłość – podkreśla.

– Kwestia wynagrodzeń w banku na politycznej wokandzie stanęła po doniesieniach o wysokich płacach dwóch pań dyrektor z NBP. Nie mam wątpliwości, że wynagrodzenia prezesa i członków zarządu powinny być jawne, tak jak w większości europejskich banków centralnych. Nie ma jednak powodu, by ujawniać płace konkretnych, wskazanych z imienia i nazwisk dyrektorów. Ich nie wybiera Sejm, nie powołuje prezydent. To nie politycy. To specjaliści. Dlaczego mają być traktowani tak, jakby ich stanowiska były polityczne? Owszem, można ujawnić widełki płac na dyrektorskich stanowiskach, ale nic więcej – zaznacza.

– Co w funkcjonowaniu NBP zmieni umieszczenie w internecie informacji, ile dyrektor Iksiński zarabia miesięcznie? Spowoduje, że bank centralny będzie gorliwiej stabilizował złotego? Zmieni najwyżej tyle, że dyrektor Iksiński, jeżeli jest cenionym specjalistą, wybierze pracę w prywatnej instytucji finansowej. Bo ona szanuje zasadę nieupubliczniania zarobków! W większości państw europejskich jawne są wynagrodzenia prezesów i członków zarządu banków centralnych. Nie jest jednak praktykowane ujawnianie zarobków poszczególnych dyrektorów. Co najwyżej publikowana jest siatka wynagrodzeń lub widełki uposażeń na danym stanowisku. Wyjątkiem jest Rumunia, w której dyrektorzy i wicedyrektorzy banku centralnego umieszczają swoje oświadczenia na stronie internetowej i - z zupełnie innych powodów - Szwecja. W Szwecji bowiem jawność deklaracji podatkowych obejmuje wszystkich obywateli – wyjaśnia.

Kolejnym absurdem w uchwalonej ustawie jest ujawnienie zarobków, od 1995 roku począwszy. Oczywiście ma to służyć jedynie politycznej argumentacji: „patrzcie, ile ci, którzy nas oskarżają o pazerność, sami zarabiali!". Jestem bardzo ciekawy opinii sejmowych prawników. Osoba, która podejmuje zatrudnienie w instytucji - czy to publicznej, czy prywatnej - zgadza się na określone warunki tego zatrudnienia. Są to zaś nie tylko warunki dotyczące wymiaru czasu pracy, wynagrodzenia czy możliwości podejmowania określonych innych aktywności. To również kwestie dotyczące jawności zarobków. Można sobie bez trudu wyobrazić sytuację, że menedżer nie przyjmie oferty, bo uzna, że jego prywatność nie jest dostatecznie chroniona. Ujawnianie zarobków wstecz jest więc zagrywką nie fair, niemającą żadnego uzasadnienia i mającą jedynie dostarczyć politycznej amunicji. Kto zapłaci odszkodowania tym, którzy z powodu ujawnienia ich zarobków wystąpią na drogę sądową? – dodaje Prezydent Pracodawców RP.

– Autorzy zmian w ustawie o NBP wprowadzili też inne, wysoce szkodliwe rozwiązanie. To limit wynagrodzeń dyrektorskich w banku centralnym na poziomie nie wyższym niż 60 proc. maksymalnego wynagrodzenia prezesa. Wedle doniesień medialnych (ponieważ wynagrodzenie prezesa nie jest oficjalnie podawane) może wynosić ono między 30 a 40 tysięcy złotych miesięcznie. Oznacza to, że dyrektor będzie mógł zarobić około 20 tysięcy złotych brutto. I nieważne, czy będzie to dyrektor biura prasowego, czy dyrektor odpowiedzialny za stabilizację polskiej waluty. Jak się to ma do zarobków w innych bankach centralnych Europy? W Austrii dyrektor wykonawczy zarabia około 22,7 tys. euro miesięcznie, na Cyprze około 10 tys. euro, w Hiszpanii około 12,5 tys. euro, w Holandii między 16 a 26,3 tys. euro. Dlaczego zatem dyrektor w polskim banku centralnym ma zarabiać najwyżej niecałe 5 tys. euro miesięcznie? – pisze.

– Pomysły w zakresie ujawniania zarobków dyrektorów NBP i limitowania wynagrodzeń chwalą politycy Zjednoczonej Prawicy i ministrowie prezydenccy. Suchej nitki nie pozostawiają na nich jednak fachowcy znający dobrze arkana ekonomii. Marek Belka, Dariusz Rosati, Janusz Steinhoff w ostatnim czasie ostrzegali przed skutkami przyjęcia populistycznych rozwiązań. Czy był to głos wołającego na puszczy? Niestety, trudno być optymistą. Projekt ustawy powstał bez konsultacji z bankiem centralnym. Do chwili skierowania do Sejmu był trzymany w tajemnicy, a posłowie przegłosowali go w ekspresowym tempie, w nocy. Jaki jest więc cel zmiany ustawy w roku wyborczym? Na pewno nie poprawa funkcjonowania państwa. Chodzi o głosy wyborcze – ocenia Malinowski.

– Posłowie, zmniejszając zarobki do poziomu drastycznie odbiegającego od wynagrodzeń w innych europejskich bankach centralnych i ujawniając zarobki kadry kierowniczej wstecz, godzą w wiarygodność tej instytucji. Nieprzypadkowo zarobki w NBP są ustawowo odnoszone do zarobków w sektorze bankowym (są przy tym niższe niż w bankach komercyjnych). Po to między innymi, by do pracy ściągać specjalistów. Obniżenie tych wynagrodzeń obniży również poziom bankowej kadry. Nie trzeba być ekonomistą, by to zrozumieć. A zabawa w pokazywanie pasków wypłat z 1995 roku tylko ośmieszy nasz kraj – podkreśla.

– Nie pierwszy raz politycy próbują nam wmawiać, że jeśli chce się wyleczyć katar, to najlepiej postać nago na mrozie. W NBP, w porównaniu z innymi centralnymi instytucjami państwa, rotacja kadr jest stosunkowo mała. Zmiana prezesa nie powoduje wymiany większości dyrektorów. A jeśli już takie zmiany zachodzą, to nowi dyrektorzy są dobierani przede wszystkim z zatrudnionych w banku osób. „Kominówka" w NBP może ten zwyczaj zmienić - po prostu fachowcy odejdą do sektora prywatnego. A na opróżnione stanowiska zgłoszą się niefachowcy, za to „swoi". Zniknie katar w postaci zarobków, których wysokość drażni posłów. Pojawi się za to ciężka grypa – podsumowuje Andrzej Malinowski.

Artykuł jest dostępny tutaj.