Gospodarka, siła, wizja
Zaufało nam 19 000 firm zatrudniających przeszło 5 000 000 pracowników

Samorządy – nadzieja gospodarki

W wojnie o gospodarkę mamy jeszcze jedną broń. Nie została do tej pory użyta na masową skalę, choć jest w zasięgu ręki. Dosłownie. Są nią lokalne samorządy. Czekając, aż władza centralna wreszcie pokaże którąś „tarczą” właściwe rozwiązania, pracodawcy i przedsiębiorcy patrzą na lokalnych włodarzy – pisze w „Rzeczpospolitej” Prezydent Pracodawców RP Andrzej Malinowski.

Nasze „małe Ojczyzny” to miniatury krajowej gospodarki. Mniejsza skala, zasady te same. Ważne, aby nie była to rozmowa bezimiennego petenta z bezdusznym urzędnikiem. Aby spotkali się dwaj krajanie. Ba, może nawet sąsiedzi! Może urzędnik lub jego rodzina korzystają z usług lub pracują u przedsiębiorcy? To zmienia perspektywę.

Zadanie jest poważne. Ekonomiści nazywają je „utrzymaniem płynności firm”. Mówiąc wprost – chodzi o to, by wszyscy mieli gdzie za kilka miesięcy pracować. Trzeba więc pomóc firmom, które tracą dziś większość swoich przychodów. Czasami wręcz całość. I muszą likwidować działalność lub wręcz zwalniać pracowników.

Co na to samorządy? Mogą skorzystać z kilku sposobów. Zakontraktować np. w lokalnych firmach usługi lub produkcję związaną z medyczną stroną pandemii. To produkcja maseczek, płynów dezynfekcyjnych, zaopatrzenie, logistyka itp. Mogą też zlecić dodatkowe prace np. remonty publicznej infrastruktury jak szkoły, drogi, urzędy – byle tylko firmy miały coś do roboty. I nie czekać do ostatniego dnia na zapłatę faktury, tylko przelewać od razu po wykonaniu pracy. Po co urząd ma „kisić” pieniądze 30 dni na koncie? Wiele mu z tego nie przybędzie. Dla mikroprzedsiębiorcy jest to z kolei różnica gigantyczna. Być może to istnienie przez kolejny miesiąc.

Inny sposób? Jeśli nie można zarobić, to przynajmniej nie zabierać resztek pieniędzy. Zawiesić lub zmniejszyć podatki od nieruchomości lub czynsze za wynajem lokali komunalnych, itp., itd.

Wiemy, że samorządy mają mało pieniędzy. Władze centralne od lat dodają im obowiązków i zwalają na nie koszty swoich decyzji. Obniżają stawki PIT czy reformują szkolnictwo. Logika podpowiada jednak, że to właśnie miejscowym firmom, zasilającym podatkami i daninami lokalną społeczność, opłaca się pomóc. Szkoła tańca, studio urody czy bar w gminnym budynku nic teraz nie zarobią. Dorzynanie ich „w imię księgowych zasad” egzekwowaniem opłat po prostu się nie kalkuluje. Zlikwidują one swoją działalność. Gmina nie dostanie należnych danin i opłat. Ani teraz, ani za pół roku. A kto dziś uruchomi nowy biznes? Gdyby jednak pomóc przetrwać swojemu przedsiębiorcy, to za 2-3 miesiące jego firma powoli ruszy. Łatwiej bowiem „odmrozić” biznes niż budować go od zera.

Brzmią mi w uszach słowa Winstona Churchilla, wypowiedziane w czasie II wojny. Wielkiej Brytanii groziła wtedy inwazja hitlerowskich wojsk. „Będziemy bronić naszej Wyspy bez względu na cenę, będziemy walczyć na plażach, będziemy walczyć na lądowiskach, będziemy walczyć na polach i na ulicach, będziemy walczyć na wzgórzach; nigdy się nie poddamy”. Tak, musimy walczyć z gospodarczą pandemią także we własnych, samorządowych progach. Nikt o nas lepiej nie zadba, niż my sami.