Gospodarka, siła, wizja
Zaufało nam 19 000 firm zatrudniających przeszło 5 000 000 pracowników

O pożytkach z Tocqueville'a i innych

Czytelnicy moich felietonów uważają, że ostatnio zbyt często powołuję się na Alexisa de Tocqueville’a. Twierdzą, że to relikt. I że nie ma żadnego związku z naszą rzeczywistością. Nie zgadzam się! Tocqueville, podobnie jak inni pisarze, jest w dzisiejszej Polsce nadal aktualny. I to jak! - pisze w 'Rzeczpospolitej' Prezydent Pracodawców RP Andrzej Malinowski.

Zobaczcie zresztą sami. Tocqueville opisuje rozwiązanie parlamentu w 1848 r. „«Opuszczać rząd, porzucać w takich okolicznościach swoich politycznych przyjaciół […] to nikczemność». […] większość tych ludzi poczuła się dotknięta nie tylko w swoich politycznych przekonaniach, lecz w najczulszych punktach prywatnego interesu. Zdarzenie obalające gabinet wystawiało na szwank to fortunę jednego, to posag córki drugiego, to znów karierę syna jeszcze innemu. Dzięki temu trzymano ich w garści prawie wszystkich. Większość z nich nie tylko poszła w górę dzięki sprzedajności, ale rzecz można wręcz z niej żyła; żyła z niej ciągle jeszcze i spodziewała się żyć nadal…”.

Zamierzchła historia? Spójrzmy zatem na wypowiedź sprzed kilku dni. „Niektórzy działacze traktowali działalność publiczną nie jako mającą na celu dobro wspólne, ale jako płaszczyznę do polepszania sytuacji ekonomicznej swojej rodziny czy bliskich. Mówimy o tysiącach osób, które z rekomendacji PiS uzyskały mandat na różnych szczeblach samorządu i które potencjalnie mogą ulegać takiej pokusie” – stwierdza wpływowy senator… z tej partii.

Ta opinia, to zapewne refleksja po partyjnym kongresie. Przyjęto na nim uchwałę, zwalczającą nepotyzm w szeregach Zjednoczonej Prawicy. Czy takie hurr-durr partyjnych aktywistów, niemające żadnej mocy prawnej, nie przykrywa ważniejszego problemu? Nepotyzm to tylko jedna z bolączek naszego życia publicznego. Znacznie poważniejszą jest klientelizm. Układ nieformalnych zależności typu ekonomiczno-politycznego, w ramach których wpływowy decydent polityczny (lub zasobny dysponent dóbr ekonomicznych) – (patron) roztacza opiekę nad osobą (lub grupą społeczną) – (klientelą) w zamian za poparcie polityczne.

Klientelizm to pojęcie stare jak świat. Historycy trafnie zauważyli, że był jedną z przyczyn rozkładu polskiego parlamentaryzmu w XVIII w. Sejm nie przejmował się zdaniem poszczególnych szlacheckich posłów, lecz tak naprawdę humorami ich politycznych patronów, którzy faktycznie trzęśli dawną Rzeczpospolitą. Szeregowy poseł mógł co najwyżej strzępić język, chwaląc swego pryncypała.

W zamian dostawał rozmaite apanaże, tytuły, czy wprost gotówkę. W takim systemie nie było miejsca dla posłów, którzy zbuntowali się przeciwko swoim mocodawcom. Zniknęliby po prostu z życia publicznego. Czy czegoś nam to nie przypomina?

Zmarły niedawno Roger Scruton pisał: „W Europie Wschodniej po upadku komunizmu obowiązywała reguła, że grupa awanturników tworzy partię polityczną, wygrywa wybory dzięki szczodrym obietnicom, a potem uwłaszcza się na majątku narodowym i w następnych wyborach przepada z kretesem”. Chyba nie we wszystkim miał rację. To nie tylko dziedzictwo komunizmu, ale i naszej sejmowej tradycji. Tak czy inaczej, partie polityczne w Polsce nie są budowane na wspólnocie idei, lecz na zbieżności prywatnych interesów. Partia gwarantuje pracę i płacę, awans społeczny i prestiż. Wymaga się w zamian niewiele: posłuszeństwa wobec partyjnych liderów.

I jak kraj długi i szeroki trwa nabór takich członków i takich kadr.

Zdaniem Kisiela socjalizm walczył z problemami, które sam tworzył. Dziś widzimy jak partia rządząca próbuje zmierzyć się z mechanizmem, którego jest i twórcą i beneficjentem. Nie wróżę jej sukcesu. Dlaczego…? Odpowiedź znajdziemy właśnie u Tocqueville’a i innych! Można się od nich bowiem wiele dowiedzieć o… współczesnej Polsce.