Gospodarka, siła, wizja
Zaufało nam 19 000 firm zatrudniających przeszło 5 000 000 pracowników

Kundera musi być Polakiem

To Milan Kundera stwierdził, że „jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”. Taką zasadę stosuje nasz rząd. Szkoda tylko, że zakładnikiem jego polityki są konkretni ludzie – pisze w „Rzeczpospolitej” Prezydent Pracodawców RP Andrzej Malinowski.


Kunderę przypomniałem sobie zaraz po tym, jak Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) nakazał Polsce natychmiastowe wstrzymanie wydobycia w kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Turów. I to do czasu merytorycznego rozstrzygnięcia sprawy. Ta decyzja to efekt skargi władz czeskich, przekonanych, że działalność kopalni ma fatalny wpływ na regiony przygraniczne. Zmniejsza przede wszystkim poziom wód gruntowych.

Polska ma więc poważny problem z Czechami! I to jaki! Premier szacuje, że wykonanie decyzji TSUE przyniesie straty, które będzie można liczyć w miliardach złotych. Z energii wytwarzanej w Turowie korzysta przecież ok. 3 mln ludzi!

Czeska skarga nie pojawiła się nagle. Choć formalnie do TSUE trafiła dopiero w lutym 2021 r., to sprawa znana jest od kilku lat. W zasadzie od momentu, kiedy Polska zaczęła przygotowywać się do zwiększenia wydobycia węgla w Turowie. Czesi chcieli, aby strona polska zobowiązała się do pokrycia szkód kopalnianych. Zostali jednak zlekceważeni. Minister spraw zagranicznych Czech wręcz twierdził, że rozmowy z naszym rządem to „rzucanie grochem o ścianę”. Nad Wełtawą polskie stanowisko uznano za „klasyczną ilustrację wydumanej polskiej mocarstwowości”. Ujawnił to jeden ze związanych z Pragą dziennikarzy. Mimo tego Czesi chcą dalej rozmawiać. „To jedyna droga, która może doprowadzić do zażegnania konfliktu; to jedyna droga by kopalnia i elektrownia w Turowie oraz okoliczne gminy mogły funkcjonować” – zapewnia Martin Puta, szef samorządu Kraju Libereckiego, sąsiadującego z Polską.

No i bum! Nasza nawa państwowa widowiskowo zderzyła się z orzeczeniem TSUE. Z chaotycznej reakcji nadwiślańskich decydentów można wnosić, że sytuacja naprawdę jest poważna. Z jednej strony próbowali stroszyć pióra i zapowiadać, że nie „oddamy ani guzika”. Z drugiej jednak w panice zaczęli rozmawiać z Czechami. Zapewne dlatego do mediów zaczęły przenikać wykluczające się nawzajem komunikaty. Taki dyplomatyczny, nomen omen, czeski film. Nasz premier poinformował, że porozumienie jest w zasięgu ręki i że Czesi zgodzą się wycofać wniosek z TSUE. Czeski szef rządu natomiast solennie zapewnia, że nie ma planów wycofania skargi przeciwko Polsce. „Niczego nie obiecywałem premierowi Morawieckiemu. O Turowie nie chciałem nawet pertraktować. Premier na to nalegał, a ja tylko stwierdziłem, że czescy eksperci to ocenią” - powiedział Andrej Babiš. Krótko mówiąc, uczestnicy tego spektaklu odgrywają swoje role jak aktorzy w japońskim teatrze kabuki. Groźne miny, przerysowane gesty, piorunujące spojrzenia. My na koniec pewnie osiągniemy „moralne zwycięstwo”, które jak zwykle z realnym nie ma nic wspólnego.

W naszej polityce nadal więc rządzi stara zasada z „Pana Tadeusza”: „Ja z synowcem na czele i, - jakoś to będzie”. Doskonale ujął ją właśnie Kundera. On chyba musi być Polakiem!