Gospodarka, siła, wizja
Zaufało nam 19 000 firm zatrudniających przeszło 5 000 000 pracowników

Czy chcemy „piwnej rebelii”?

Kiedy państwo zaczyna majstrować przy alkoholu, to można założyć, że w powietrzu wisi coś groźnego. Może konsekwencje nie będą równie dramatyczne, jak wprowadzenia „suchego zakonu” w Rosji. Bać się jednak trzeba – pisze w „Rzeczpospolitej” Prezydent Pracodawców RP Andrzej Malinowski.

Szczególnie niebezpiecznie może być, jeśli ktoś zamierza dłubać przy alkoholu wykorzystując pandemiczne zamieszanie. Taka próba może zakończyć się sporymi kłopotami dla wielu stron.

Przypomnijmy choćby Whiskey Rebellion. Zagroziła ona istnieniu młodziutkiej amerykańskiej republiki. Rząd nałożył wówczas niewielki podatek na wyrabiany przez farmerów trunek. Uzyskane w ten sposób pieniądze miały pokryć długi zaciągnięte podczas wojny o niepodległość. Oczywiście rząd miał jak zwykle na celu dobro zwykłych obywateli, dlatego też nowa danina miała być „bardziej miarą dyscypliny społecznej niż przychodem skarbowym”. Skąd my to znamy?

Podatek okazał się dotkliwy i wywołał bunt farmerów. Przeciwko rebeliantom wysłano wojsko. Ostatecznie rzecz niemalże rozeszła się po kościach; większość aresztowanych została uniewinniona. Władze zaś taktownie zapomniały o tarzaniu w pierzu i smole nadgorliwych poborców skarbowych.

Jeśli odrzucimy historyczne kostiumy, to podobna sytuacja może zdarzyć się u nas. Powszechne jest bowiem przekonanie, że rozmaite opłaty nakładane są w sposób chaotyczny, bez poszanowania zasad stanowienia dobrego prawa i całkowicie arbitralnie.

Ostatnio pojawiły się informacje, że nad branżą browarniczą wisi widmo kolejnej podwyżki podatków. Ktoś miał bowiem wpaść na genialny w swojej prostocie pomysł, by zrównać akcyzę nałożoną na wódkę i piwo. W ramach walki z niby-luką akcyzową budżet ma być zasilony strumieniem miliardów złotych, wyciągniętych z kieszeni polskich piwoszy.

Taka podwyżka uderzyłaby przede wszystkim w niewielkie browary, produkujące piwa rzemieślnicze. Spotęgowałaby kłopoty rodzimych wytwórców, którzy już rok temu doświadczyli 10-procentowej podwyżki akcyzy. Wprowadzony niedawno podatek cukrowy dotyczy także bezalkoholowych piw smakowych. Dodatkowo lockdown mocno uderzył w całą branżę. Piwo pijemy przecież w restauracjach i pubach, w gronie przyjaciół i znajomych. Od miesięcy jest to niemożliwe.

Całe szczęście, że te informacje okazały się całkowicie nieprawdziwe. I to podwójnie. Nad takim projektem nie pracuje Ministerstwo Finansów. Jego zdaniem różnica w akcyzie między piwem a wódką będzie utrzymana, wynika ze świadomej i konsekwentnej polityki państwa. I ma swoje źródła w zagrożeniach stwarzanych przez nadmierne spożycie „twardych alkoholi”. Nadużyciem jest też termin „luka akcyzowa”. Sugeruje bowiem podobieństwo do niesławnej „luki vatowskiej”, stawiając przy okazji w złym świetle wiarygodność całej branży.

Czy to jedynie burza w szklance wody? I tak i nie. Na razie podwyżki akcyzy nie będzie. Ponoć także nikt się nad nią nie zastanawia. Jednak poruszenie, jakie wzbudziła ta informacja i przekonanie, że nie pojawiła się bez powodu, pokazuje, że przywykliśmy do bałaganu panującego w dziedzinie podatków.

Dlatego trzymajmy się zasady: w czasie kryzysu nie nakładamy żadnych nowych zobowiązań finansowych na przedsiębiorców. W przeciwnym razie może w Polsce dojść do „piwnej rebelii”. Powstanie ruch obywatelski mający już dosyć fiskalizmu państwa. A wtedy pierze ze smołą mogą znaleźć zastosowanie.