Deklaracje niewarte złamanego szeląga

Są różne miary wartości. Coś może na przykład kosztować marne grosze. Są też rzeczy niezasługujące nawet na złamanego szeląga. Ale gdy coś jest kompletnie bezwartościowe, można powiedzieć: „warte tyle, co obietnice polskiego ministra”. Jak się bowiem okazuje, słowo ministra Rzeczypospolitej Polskiej znaczy tyle, co kałuża po zeszłorocznym śniegu.

Oto dowód: w 2011 r. rząd zdecydował o podniesieniu stawek VAT o 1 pkt proc.

Wyjątkowo i tymczasowo – na trzy lata, by poprawić stan publicznej kasy. Solenne obietnice zapisano w ustawie.

Trzy lata minęły i… okazało się, że ówczesny minister finansów (trzykrotny„zdobywca” Gospodarczych Malin, antynagrody Pracodawców RP), potężnie pomylił się przy szacowaniu budżetu. Tymczasowość przedłużono więc do końca 2016 r. A gdy nastała nowa władza, dodała jeszcze dwa lata, do 31 grudnia 2018 r.

Mamy luty. Czyżby stawki za 10 miesięcy miały wrócić do normy? „Nie ma decyzji o obniżce stawek VAT. Zakładamy, że dopóki nie ma prawie pełnej redukcji luki w VAT, stawki się nie zmienią” – powiedział wiceminister finansów w wywiadzie, jaki ukazał się w ubiegłym tygodniu.

Stawki miały wrócić automatycznie do zwykłego poziomu po trzech latach, a nie po siedmiu! Ile jest więc warte słowo polskich ministrów? To ma być budowanie zaufania obywateli do państwa? Inna sprawa: do tej pory przedłużano „tymczasowość”o określony czas. Teraz słyszymy: „dopóki luka w VAT nie będzie zredukowana”. Czyli nigdy! Zawsze będzie jakaś luka, zawsze będą jacyś oszuści. Nigdy VAT nie będzie się zgadzał co do grosza.

„Jaczłowiek rzetelny – u mnie słowo droższe pieniędzy” – mówi w kapitalnej komedii „Samiswoi” Kazimierz Pawlak. Szkoda, że razem z Kargulem nie trafili do resortu finansów.

Przydałby się tam ktoś z takim podejściem do danego słowa.

Cały felieton jest dostępny tutaj