Płace rosną szybciej niż wydajność pracy

„Rzeczpospolita”: Polacy mają coraz większe apetyty na coraz wyższe wynagrodzenia. Tymczasem nie wszystkie firmy stać na podwyżki, bo nie wszędzie udaje się poprawić ich efektywność.

W firmach produkujących różnego rodzaju sprzęt transportowy, np. tabor kolejowy czy tramwajowy, płace w tym roku (do końca sierpnia) wzrosły już o 8,4 proc., a realnie po uwzględnieniu inflacji – o 6,5 proc. Branża ma przed sobą dosyć dobre widoki, bo samorządy ruszyły po zakupy ekologicznych środków transportu, więc może liczyć na nowe zamówienia i wysoką sprzedaż. Problem w tym, że tak dynamicznemu wzrostowi płac nie towarzyszy równie dynamiczny wzrost wydajności pracy. Realnie wzrosła ona ok. 2,9 proc. – wynika z szacunków „Rzeczpospolitej” na podstawie danych GUS.

„Rzeczpospolita” przeanalizowała, jak wyglądały przychody firm w przeliczeniu na jednego pracującego w pierwszym półroczu. Okazuje się, że przykładowo w handlu detalicznym, wzrosły one o tylko 3,1 proc., podczas gdy wydatki na płace (także w przeliczeniu na jedną osobę) – o 6,4 proc. Słabo na tle wzrostu kosztów pracy wypadają też przychody branży ICT czy tzw. działalności profesjonalnej.

Takie różnice mogę wynikać z rosnące presji płacowej. – Rynek pracy w Polsce rzeczywiście zaczyna się robić ciasny, to znaczy niedobory zasobów pracy wymuszają wzrost płac – zauważa Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Pracodawców RP. – Dla części firm może to oznaczać rosnące obciążenia. Nie wszystkie potrafią bowiem wystarczająco szybko zwiększyć swoją efektywność, obroty i przychody, by znaleźć miejsce w swoich budżetach na podwyżki – zaznacza Kozłowski.

Najprostszym sposobem na poradzenie sobie z problemem jest... wzrost cen sprzedawanych produktów. Dobrze to widać na przykładzie paliw. Drożejące benzyna i olej napędowy (choć to efekt sytuacji na światowych rynkach) spowodowały, że przeciętny pracownik naszych rafinerii obecnie produkuje towary o wartości o 18 proc. większej niż rok temu. Realnie jednak to o 1,4 proc. mniej niż rok temu.

– Oczywiście polskie firmy nie są monolitem i dla części z nich presja płacowa będzie oznaczała utratę konkurencyjności. Ale nie wydaje mi się, żeby trend był na tyle silny, byśmy musieli już bić na alarm, że gospodarka nam się przegrzewa. Na razie płace nie rosną w takim tempie jak podczas boomu gospodarczego z lat 2007–2008– uważa Kozłowski.

Artykuł jest dostępny tutaj.